Po studiach i 5 latach jeżdżenia tramwajami i autobusami we Wrocławiu osiadłem w nowym dla siebie mieście o nazwie Leszno. Po znalezieniu pracy i wyborze mieszkania (u teściów). Sprawdziłem jak szybko mogę dojechać do pracy komunikacją miejską. Okazało się, że zajmie mi to godzinę w jedną stronę, wraz z dobiegnięciem na przystanek i dobiegnięciem do pracy (linia 12 i musiałem dojechać na Gronowo). Ok
Pomyślałem... dobra, ale nie mam czasu. Pożyczę auto od teścia. Okazało się, że samochodem ten dystans pokonam w 20-25min w jedną stronę. Po przeliczeniu na tydzień dawało mi to min. 5 godzin w tygodniu "mojego" czasu, które mogę przeznaczyć na wszystko inne tylko nie siedzenie w komunikacji.
Po jakimś czasie przeprowadziłem się i zamieszkałem już bliżej miejsca pracy. Ale wciąż komunikacja publiczna mi nie odpowiadała czasowo.
Czas jazdy autobusem w jedną stronę skrócił się do 30 min. z dobiegiem na autobus i do pracy. Co się okazało.. dalej jeżdżąc autem mam zysk 2,5 godziny w tygodniu. Przez to, że czas leci to w miesiącu to jest około 10 godzin. Jeden dzień roboczy w pracy.
Po jakimś czasie musiałem się znowu przeprowadzić, jeszcze bliżej mojej pracy, i co? Wciąż nie korzystam z komunikacji miejskiej!!! Na papierze czas niby się zgadza. 15 minut autkiem, wg. rozkładu 19 min. autobusem i 8 minut na dobieg do pracy i na przystanek. Daje to około godzinę w tygodniu. Niby ok. Ale wciąż nie korzystam! A dlaczego to w następnym poście.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz